Strony


Polecamy

1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13, 14, 15, 16, 17, 18, 19, 20, 21, 22, 23, 24, 25, 26, 27, 28, 29, 30, 31, 32, 33, 34, 35, 36, 37, 38, 39, 40, 41, 42, 43, 44, 45, 46, 47, 48, 49, 50, 51, 52, 53, 54, 55, 56, 57, 58, 59, 60, 61, 62, 63, 64, 65, 66, 67, 68, 69, 70, 71, 72, 73, 74, 75, 76, 77, 78, 79, 80, 81, 82, 83, 84, 85, 86, 87, 88, 89, 90, 91, 92, 93, 94, 95, 96, 97, 98, 99, 100, 101, 102, 103, 104, 105, 106, 107, 108, 109, 110, 111, 112, 113, 114, 115, 116, 117, 118, 119, 120, 121, 122, 123, 124, 125, 126, 127, 128, 129, 130, 131, 132, 133, 134, 135, 136, 137, 138, 139, 140, 141, 142, 143, 144, 145, 146, 147, 148, 149, 150, 151, 152, 153, 154, 155, 156, 157, 158, 159, 160, 161, 162, 163, 164, 165, 166, 167, 168, 169, 170, 171, 172, 173, 174, 175, 176, 177, 178, 179, 180, 181, 182, 183, 184, 185, 186, 187, 188, 189, 190, 191, 192, 193, 194, 195, 196, 197, 198, 199, 200, 201, 202, 203, 204, 205, 206, 207, 208

Polecane

kredyty mieszkaniowe , kodeks karnego , hotele białystok

Chmura

ten czekało jakiś wierzch

Gardzę, gardzę wami. Kilka lat ternu, przypadkiem, doszły mnie Wieści o panu Franciszku. Spotkało ich nieszczęście. Najstarsza córka, którą wydali za mąż, umarła, pozostawiając drobne dzieci. W rok jakoś potem miałam dziwne spotkanie. Była jesień, liście leciały z drzew. Biegłam śpiesznie przez Ogród Saski, dążąc na lekcję. Nagle uderzył mnie donośny, jak srebrny dzwonek, radosny okrzyk i Adzia znalazła, babciu! Tuż przede mną stała dwuletnia dziewuszka, rumiana jak jabłuszko, jeszcze niezgrabna i gruba, trzymając w rączkach i pokazując świeżo podniesiony kasztan, Obok niej, ciągnąć ją za płaszczyk, stał chłopiec o rok może starszy, W chłopskiej czapce, z przyciętym po wiejsku włosami. Miał pełno kasztanów po kieszonkach i najwidoczniej zabierał się do ograbienia ze znalezionego swojej lilipuciej siostrzyczki. Nieco z dala za nimi podchodziła jakaś poważniejsza para. Rzuciłam okiem i poznałam go od razu. Roztył się, trochę osiwiał, zmienił. Nie widziałam go przecież od tamtego czasu, kiedy były róże... Żona jego, szczupła, mała kobiecinka, już ubrana jak babcia, chociaż jeszcze nie stara. Zajęci wnukami nie dostrzegli mnie wcale. Nogi zachwiały się pode mną, musiałam usiąść na ławce. Mój młody kapelusz z wywiniętym rondem wydał mi się nagle arlekińskim kołpakiem i zaciężył mi jak z ołowiu.


Strona 44

Zajrzyj na

Losowy fragment


Ach, Boże drogi! Ale ja przecież wrócę, wrócę, choćby mnie tu trzymali, to ja piechotą, ale na Wielkanoc wrócę. I wiersz, co już nigdy, ale to nigdy nie będziemy się rozłączali choćby na jeden dzień. Kiedym tu jechała, to Ci się przyznam, żem się nawet trochę cieszyła, że jadę zagranicę, ale teraz... Ach, mój Julku!